sobota, 07 maja 2011
Alfabet Smudy: E jak Euro

Kiedy Smudę zatrudniano w roli selekcjonera reprezentacji chyba nikt nie ukrywał, że ten człowiek jest nam potrzebny w perspektywie zbliżających się Mistrzostw Europy. Franz trafił jednak na bardzo kiepski okres. Nie wiem czy w PZPN zdawali sobie sprawę, że przygotowania do tej imprezy będą o wiele trudniejsze niż do tych poprzednich. Z jednej strony trener może sobie poeksperymentować, ale z drugie ciężko jest na podstawie towarzyskiego kopania zweryfikować realne możliwości naszej reprezentacji. Teraz jesteśmy przecież gospodarzami i nie mamy możliwości gry w eliminacjach. To jest chyba największa bolączka. Nie mamy okazji sprawdzić się w meczach o stawkę, a jak już przyjdzie co do czego i jakiś przeciwnik się nad nami zlituje godząc się na grę, to i tak nasi biegają po boisku bez wiary i mobilizacji. Tylko żeby zainkasować kilkanaście tysięcy i wracać do domu. Może w końcu czas, żeby te pieniądze przeznaczyć na sparingi z klasowymi zespołami?  Bo póki co to nawet mizerny Cypr nie ma ochoty na mecz z naszą kadrą. Spójrzmy na Ukrainę. Tam może i nie zdążą z przygotowaniem całej otoczki mistrzostw, ale jeśli chodzi o przygotowanie sportowe, nie mają sobie nic do zarzucenia. Terminarz spotkań mają napięty i nie grają z byle kim. A wszystko przez to, że za te mecze płacą grube pieniądze. Jeśli chcemy coś osiągnąć to powinniśmy robić to samo, a nie narzekać, że cały czas mamy pod górkę. Tym powinien się zająć Związek. Stadiony też są ważne, ale stadionami meczów wygrywać nie będziemy.

Przypomnijmy co działo się przed Mistrzostwami w 2008 roku. Eliminacje przeszliśmy jak burza pokonując w nich naprawdę mocną Portugalię. Jechaliśmy z ogromnymi nadziejami na sukces. Zapowiadaliśmy wielki rewanż z Niemcami za porażkę na Mundialu dwa lata wcześniej. W rankingu FIFA byliśmy niemal 50 miejsc wyżej niż w tej chwili.  Pamiętamy jednak jak się to skończyło. Mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor – wracamy do domu. Teraz kolejna impreza, która dla polskiego futbolu będzie niezwykle ważna. Dawno nie odnieśliśmy sukcesu na arenie międzynarodowej. Potrzebujemy go jak powietrza, bo wydaje mi się, że jeśli go nie osiągniemy to polska piłka stanie w miejscu na dobre. Tutaj od razu nasuwa się pytanie, co dla Polski będzie sukcesem. Wyjście z grupy, półfinał, a może finał?  Nie wiem, czy PZPN ustanowił jakiś minimalny pułap dla Smudy na EURO - czy ma zostać mistrzem Europy, czy wystarczy pierwsza czwórka? Wszystkich powinny usatysfakcjonować piękna gra i zwycięstwa, bo na piękne porażki chyba nikt nie czeka.

Warto cofnąć się o kilka dekad i przypomnieć, jak słabe wyniki w sparingach przed Mistrzostwami Świata w RFN  w 1974 roku osiągały Orły Górskiego. Już do anegdoty przeszła porażka (0:1) z hiszpańską słabiutką Malagą. Na trenera Górskiego i piłkarzy spadła w kraju lawina krytyki, wielu żądało dymisji selekcjonera albo nawet wycofania Polski z imprezy, w obawie przed kompromitacją. Jak to się skończyło, pamiętają już chyba wszyscy. Miejmy nadzieję, że z kadrą Smudy będzie podobnie. Tylko każdy Polak powinien sobie uświadomić, że reprezentacja to nasze dobro narodowe i rzucanie jej kłód pod nogi mija się z celem.

sobota, 30 kwietnia 2011
Alfabet Smudy - D jak defensywa

Najlepszą obroną jest atak – jeszcze kilka miesięcy i trener Smuda będzie musiał się do tego hasła zastosować. Formacja defensywna jest bez wątpnienia piętą achillesową naszej reprezentacji. Może i  w ataku prezentujemy się nie najgorzej, może i druga linia ma potencjał, ale obrona polskiej kadry jest dziurawa jak nasze drogi i szwajcarski ser razem wzięte. Wystarczy wspomnieć, że w dotychczasowych czternastu meczach pod wodzą Franza straciliśmy 22 bramki. Coś tu jest nie tak. W jaki sposób niemal 40- milionowy kraj nie potrafi znaleźć czterech ludzi, którzy trawę będą gryźć, a bramki przeciwnikom zdobyć nie dadzą. Zamiast nich mamy bandę pałętających się po murawie piłkarzy, którzy chyba nie za bardzo wiedzą w jakim celu się tam znaleźli.

Smuda na konferencji po spotkaniu z Wybrzeżem Kości Słoniowej powiedział z wielką radością, że do składu na Euro brakuje mu tylko dwóch stoperów. Czyli tak naprawdę brakuje szkieletu, bez którego drużyna długo nie pociągnie. Co z tego, że będziemy bramki strzelać skoro i tak więcej ich stracimy. Historia pokazała, że wielkie imprezy wygrywa się głównie dzięki solidnej defensywie, więc od tego powinniśmy zacząć.

Smuda jednak pomysłu na zestawienie formacji defensywnej nie ma absolutnie żadnego. Każdy mecz kadry przynosi inne ustawienie obrony, łatanej przez zawodników z kosmosu. Kogo możemy się spodziewać następnym razem? Jest Maciej Sadlok, który na mecz z Francją raczej się nie uda, bo boi się latać samolotem. Dobrze, że mistrzostwa mamy na miejscu, bo mogłyby być z nim spore problemy. Obecnie Sadlok jest jednak w takiej formie, że o grze w reprezentacji może chyba zapomnieć. Jest Arkadiusz „Kontuzja” Głowacki, z którym wielkich nadziei wiązać nie można, bo urazy dopadają go znacznie częściej niż resztę naszej kadry. Jedynym pewniakiem w naszej obronie jest Łukasz Piszczek. Jednak ostatnia nagonka na jego osobę, w związku z aferą korupcyjną, może spowodować, że w końcu z kadry zrezygnuje. Widocznie nie wszyscy rozumieją, że nie stać nas na stratę jedynego klasowego obrońcy.

Najbardziej prawdopodobnym wariantem, jaki Smuda może wybrać, jest naturalizacja Manuela Arboledy i Damiena Perquisa. Ci dwaj mogą się okazać ostatnią deską ratunku dla naszej reprezentacji. Obaj zadeklarowali chęć gry dla Polski, więc pozostaje nam tylko czekać na dalszy rozwój wydarzeń. Uzupełnienie francusko – kolumbijskiej pary stoperów mógłby stanowić Sebastian Boenisch, jednak na boisku zobaczymy go dopiero na jesienią.



sobota, 23 kwietnia 2011
Alfabet Smudy: C jak cuda

Panie Smuda, gdzie te cuda? – można by powiedzieć po kilkunastu miesiącach pracy Franza z narodową reprezentacją. Gdy z końcem października 2009 roku prezes Lato oznajmił, że selekcjonerem zostaje Franciszek Smuda, wśród kibiców zapanowała nieogarnięta ekstaza. Wszyscy mieliśmy świeżo w pamięci jego wojaże po Europie z Lechem Poznań i wręcz żądaliśmy, aby to właśnie on został trenerem kadry. A, że PZPN miał okazję przypodobać się kibicom, decyzja zapadła błyskawicznie. Od tej pory jawiła nam się przed oczami świetlana przyszłość polskiej piłki.  Nikt nie miał wątpliwości co do cudotwórczych możliwości Smudy, a on sam zapewniał, że z miejsca będziemy walczyć ze światowymi potęgami jak równy z równym.

Sielankowa atmosfera wokół reprezentacji prysła jednak wraz z pierwszym meczem. Porażka 0:1 z Rumunami sprawiła, że zaczęli pojawiać się pierwsi sceptycy.  Potem było już tylko gorzej, ale cały czas złe wyniki można było tłumaczyć brakiem zgrania albo testowaniem nowych taktyk przez trenera. Wszystko miał zmienić pojedynek z aspirującą do zwycięstwa na Mundialu  w RPA Hiszpanią. Tęgie lanie jakie sprawili nam przyszli mistrzowie świata spowodowało, że po początkowej euforii przyszedł czas na frontalną krytykę ze strony wszystkiego, co umiało mówić. Oliwy do ognia dolała jeszcze wysoka porażka z Kamerunem i wtedy już było pewne, że o żadnych cudach mowy być nie może.

Smuda twierdzi, że ma znacznie gorzej niż którykolwiek z jego poprzedników, bo nie ma gotowego trzonu reprezentacji  i musi budować ją od podstaw. W sumie ma rację. Problem w tym, że sam postanowił nie powoływać zawodników, na których stawiali jego poprzednicy, więc nie ma prawa narzekać. Na wszystko potrzeba czasu, dlatego nawoływanie do robienia cudów przez Smudę było bezsensowne. Trochę za bardzo nastawiliśmy się, że od razu będziemy oglądać reprezentację grającą z iście brazylijskim polotem. Sporo już tego czasu jednak minęło, a  póki co kadra nie prezentuje żadnego stylu i na zmianę się nie zanosi. W czerwcu czeka nas pojedynek z Francją i podobno do gry w naszych barwach ma być gotowy Manuel Arboleda. Miejmy nadzieję, za sprawą Kolumbijczyka w końcu nastąpi jakiś cud albo chociaż mały cudzik i nie będziemy musieli się wstydzić za naszych piłkarzy.

~slowriner

sobota, 16 kwietnia 2011
Alfabet Smudy - B jak Boruc

"Boruc u mnie nie zagra" - ile już razy słyszeliśmy te słowa z ust selekcjonera reprezentacji. Mam wrażenie, że stały się one jego jedynastym przykazaniem albo jakimś życiowym mottem. Ale o co tak naprawdę poszło? Obaj panowie od początku nie mieli się ku sobie. Już podobno za czasów Legii Smuda obrzucał Boruca niewyszukanymi wyzwiskami. Potem była kadra i konflikt narastał. Sporów między nimi było co nie miara, ale Boruc był za dobry żeby go tak po prostu z kadry wyrzucić. Kiedy jednak nadarzyła się okazja, Smuda bez wahania z niej skorzystał. Winko w samolocie wystarczyło, żeby zamknąć Borucowi drzwi do reprezentacyjnej kariery. I nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że na chwilę obecną z obsadzeniem pozycji bramkarza w kadrze mamy niemały kłopot. Kontuzjowani są Fabiański, Szczęsny i ulubieniec Smudy Przemysław Tytoń, a co mecz trener testuje nowych bramkarzy, którzy nic wielkiego nie pokazują. Boruc natomiast w Fiorentinie radzi sobie znakomicie i ma pewne miejsce w wyjściowej jedynastce, więc jeśli "Franz" potrafił wybaczyć innym piłkarzom ich alkoholowe ekscesy, to Borucowi z pewnością też powinien.

Tymczasem konflikt trwa w najlepsze, a jego końca na horyzoncie nie widać. Smuda twierdzi, że "recydywista" nie ma czego szukać w jego kadrze. Trudny charakter Boruca paradoksalnie mógłby drużynie bardzo się przydać. Zespołowi potrzebny jest zawodnik, który jak nie idzie, potrafi w dupę kopnąć i dać motywację do działania. Póki co takiej osobowości w reprezentacji próżno szukać. Smuda kolekcjonuje samych grzecznych chłopców, a mobilizacji u nich nie widać. Jeśli trener nie potrafi wstrząsnąć drużyną, to musi wprowadzić do niej kogoś, kto to zrobi. Boruc niewątpliwie ma takie możliwości, ale powinien szanować zasady, które obowiązują wszystkich.

"Franz" zarzeka się, że prędzej powoła Janka Tomaszewskiego, niż da kolejną sznsę Borucowi. Selekcjonej jednak już tyle razy zmieniał zdanie, że może i tym razem się ugnie. Póki co miejmy nadzieję, że uda mu się stworzyć drużynę. Euro za pasem, a sytuacja nie wygląda zbyt kolorowo. O Boruca martwić się nie trzeba, bo on bez Smudy sobie poradzi. Pytanie tylko czy Smuda bez niego też.

~slowriner

 

sobota, 09 kwietnia 2011
Alfabet Smudy - A jak alkohol

 

Orzełek na piersi do czegoś zobowiązuje, a najwyraźniej nie wszyscy kadrowicze Smudy o tym pamiętają.  Jak tak dalej pójdzie z alkoholowymi ekscesami polskich piłkarzy, to przy reprezentacji będzie musiała powstać izba wytrzeźwień albo poradnia dla osób z problemami.

Najpierw był mecz z Australią, po którym Peszko z Iwańskim zostali przyłapani w hotelu w stanie, który grę w piłkę raczej by uniemożliwił. Pomijam już fakt, iż raczących się wtedy alkoholem było jeszcze co najmniej kilku graczy. Dwaj pierwsi zapomnieli jednak, że nie wychodzi się z pokoju jeśli „samopoczucie” na to nie pozwala. Pech chciał, że natknęli się na osoby ze sztabu szkoleniowego. Skutek – wyrzucenie z reprezentacji.

Nie minęło nawet kilka tygodni, a już wybuchła kolejna afera. Podczas powrotu piłkarzy ze zgrupowania w Ameryce Północnej, alkohol sączyli tym razem weterani – Boruc i Żewłakow. Kara ta sama jak za poprzednim razem – pożegnanie z kadrą. Były piłkarz reprezentacji i m.in. Juventusu Turyn, Zbigniew Boniek komentując to wydarzenie podkreślał, że wódka stoi na półkach po to żeby ją kupować i nie należy przesadzać z nadmierną surowością dla piłkarzy. Skrytykował jednocześnie takie podejście do zawodu piłkarza i przyznał, że sam podczas swojej kariery wypił od czasu do czasu kieliszek wina, ale wszystko z umiarem. Trudno się z nim nie zgodzić. Piłkarze, którzy reprezentują nasz kraj powinni świecić przykładem, tym bardziej, że wyników jak nie było tak nie ma, nie mają czego świętować. Ale prawdziwy Polak pije nawet na stypie, więc to  nie ich wina, że żyją w takim kraju. Już na poważnie to od tego, żeby się napić mają swój czas wolny, a niektórzy zachowują się jak licealiści na szkolnej wycieczce.  Pisząc o tym problemie mówi się o całej reprezentacji. Pamiętajmy jednak, że nie wszyscy mają gdzieś zasady w niej panujące. To nie ich wina, że kilku kolegów psuje całą atmosferę wokół kadry, oni dostają przez nich rykoszetem.

Śledząc powołania na kolejne mecz podopiecznych Franciszka Smudy na próżno można szukać nazwisk Iwańskiego i Boruca. Żewłakow dostał szansę pożegnania się z kibicami w oficjalnym meczu. Jedynie Peszko po półrocznej absencji występuje w reprezentacji regularnie. Miejmy nadzieję, że przykłady te wybiją z głów naszych piłkarzy alkohol na zgrupowaniach i podobne afery nie będą już miały miejsca.

~slowriner

Twoja wyszukiwarka